Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koło niego, doskonale widzialna i widziana. „Melancholia“ jaśniała na sztalugach przepysznym kolorytem; rysy jej wyrażały ból straszny, szarpiący, a śmiejące się usta ból ten tajony podnosiły jeszcze i uwydatniały.
Kąty pracowni jednak coraz silniejsza mgła zalegała, przed źrenicami coraz uporczywiej biegały plamy; ból w głowie stawał się przytem z każdym dniem więcej ostrym, odczytywanie listów Maisie zamieniało się w istną męczarnię, odpowiadanie jej niepodobieństwem już było. Nie chciał jej mówić o trosce, gnębiącej mu duszę, a nie mógł się śmiać z opisywanych szczegółów „Melancholii,“ którą ciągle wykończała.
Za męki te wszakże wynagradzały go dnie pracy szalonej i noce pełne marzeń najdzikszych, pocieszał kredens i ów kieliszek, najlepszy dziś przyjaciel jego na ziemi. Bessie tylko była dziwnie spokojną; ona, która krzyczała niegdyś, gdy na nią z pod powiek przymkniętych spojrzał, teraz odpłacała mu tylko wzrokiem pełnym zjadliwej pogardy. Zadąsana przytem patrzyła na niego z nieukrywaną nienawiścią, starając się jak najmniej mówić.
Sześć tygodni upłynęło już od wyjazdu Torpenhow’a, gdy przyszła od niego wreszcie krótka, lakoniczna notatka: