Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Nowina! — pisał. — Wielka nowina! Wieziemy ci ją wszyscy razem: ja, Nilghai i Kenen. Wracamy we czwartek; każ przygotować śniadanie i oczyścić pokoje. Reszta ustnie.“
Dick pokazał kartkę ową Bessie, która wybuchnęła natychmiast, złorzecząc mu za to, iż wyprawieniem Torpenhow’a życie jej zwichnął.
Zniecierpliwiony Ryszard uniósł się nieco.
— Dajże pokój! — zawołał brutalnie. — Sądzę, iż lepiej ci siedzieć tu, w ciepłym pokoju, niż umizgać się do jakiego pijanego bydlęcia na ulicy.
— Umizgać się na ulicy, czy siedzieć w pracowni przed pijanym bydlakiem, to na jedno wychodzi — odcięła hardo. — Od trzech tygodni nie byłeś pan trzeźwym ani razu. Pijesz, jak nie stworzenie boże, całymi dniami i chcesz się jeszcze nad innych wynosić.
— Co to znaczy? — zapytał Dick ze zdziwieniem.
— Znaczy? Zobaczysz, gdy mr. Torpenhow wróci, co to znaczy.
Nie trzeba było na fakt ten długo czekać. Spotkawszy dziewczynę na schodach, Torpenhow witał ją bez najmniejszej oznaki wzruszenia. Szedł z towarzyszami, a niósł wieści, które go