Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


obchodziły stokroć więcej nad wszystkie Bessie pod słońcem. Najwpierw też zapytał o Heldar’a.
— Spity jak Bela — rzuciła Bessie. — Pije bez przytomności, od miesiąca już blizko.
I zadowolona z wrażenia, jakie wywarła, szła za nimi, by stać się świadkiem doraźnego sądu nad Ryszardem.
Gdy stanęli na progu pracowni, rzucił się ku nim z wylaniem cień jakiś, cień dawnego człowieka, wychudły, wynędzniały, pochylony, o zapadłych piersiach i ramionach. Twarz jego, poczerniała, nieogolona, uderzała sino-białemi plamami dokoła nozdrzy, oczy zaś rzucały z pod brwi ściągniętych nerwowe i lękliwe spojrzenia. Jeżeli Heldar pracował przez czas ten wytrwale, wódka i troska gryząca nie próżnowały również, dokonując swego dzieła.
— Ryszardzie, czy to ty? — zawołał Torpenhow z przerażeniem.
— Nie, bracie, to cień mój — brzmiała smutna odpowiedź. — Ale siadaj. Binkie zdrów zupełnie, a ja pracowałem z dobrym, jak sądzę, rezultatem.
Zatoczył się, nie mogąc ustać na nogach.
— Pracowałeś nad własną zgubą chyba! Człowieku, ależ ty jesteś...