Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miejsca dla ciebie. Jesteś pół-cyganką; wskazują to rysy twe, zdradza włos kruczy. Jesteś pół-cyganką; a ja... ja... Mnie sam powiew morski wprawia w stan gorączki. Chodź ze mną! Puścimy się za morza, by tam szczęście nasze święcić!
Podniósł się i, wsparty o paszczę armaty, stał, wpatrzony w nią źrenicami, w których dusza cała ześrodkowała się w tej chwili. Szybki zmrok dnia zimowego zaskoczył ich niespostrzeżenie podczas rozmowy, a teraz księżyc srebrnopióry szybował już po niebie. Długie, faliste linie piany białej wskazywały stopniowy przypływ morza, znaczony na piaskach, coraz wyżej zalewanych. Wiatr ustał, a cisza tak była głęboką, tak niezamąconą, iż rozróżniali z łatwością oddalone, powolne stąpanie osiołka po szronem okrytej trawie. Wtem lekkie a miarowe uderzenia o wodę doszły ich z bezmiernej przestrzeni oceanu, światłem księżyca zalanej.
— Co to jest? — zapytała Maisie szybko. — Brzmi, jak regularne uderzenia serca. Co to być może?
Nagłe a rozmyślne przerwanie słów jego błagalnych tak rozgniewało Dick’a, iż milczał, by głosem uczuć swych nie zdradzić. Na chwi-