Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ogarnia wszystko, dopóki księżyc nie rozproszy jej srebrnym swym blaskiem. Maisie, ukochana, chodź ze mną! Zawiozę cię tam, byś zobaczyła, jak wyglądają inne zakątki owego świata, którego cząsteczkę znasz zaledwo. Jest on pięknym i okrutnym, uroczym i strasznym zarazem. Ja ci jednak, najdroższa, nie pokażę nic przeraźliwego, nie odsłonię stron jego brzydkich. Wolni od troski, nie będziemy myśleć o niczem, nawet o obrazach; malując zaś wtedy tylko, gdy nam ochota przyjdzie, czas nasz poświęcimy miłości. Chodź, powiodę cię przez świat cały, nauczę zawieszać hamaki na pustyniach, nauczę rzeczy tysiąca... Czem są barwy, czem koloryt, sama odkryjesz; ja zaś pokażę ci, czem miłość stać się może; a zjednoczeni nią na zawsze, stworzymy w zakresie sztuki twej ukochanej wspólnemi siłami wielkie jakie dzieło. Chodź ze mną tylko!
— Po co? — podjęła chłodno.
— Po co? Bo, dopóki cudów tych nie znasz, dopóki nie znasz wszystkiego, co człowiek widzieć może; prace twe nie nabiorą nigdy cech oryginalnych, potężnych. Po co? Bo cię kocham, najdroższa! Bo pragnę mieć cię dla siebie. Chodź ze mną! Nie należysz do nikogo, nie posiadasz rodziny, niema tu nawet