Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


barwami tęczy, opiera o płytę marmurową, wyciętą misternie w koronkowy nieledwie deseń. Dalej nieco, czarna, delikatna małpeczka, o długim, jedwabnym włosie, spaceruje przez skwer, w stronę głębokiego basenu, w którym chce ugasić pragnienie. I podczas gdy zsunąwszy się na dół, pije z wolna, druga towarzyszka przytrzymuje ją za ogon, aby nie wpadła czasem i nie utonęła w zbiorniku, na czterdzieści stóp głębokim.
— Czy wszystko to ma być prawdą?
— Sam tam byłem i sam szczegóły te widziałem. Gdy wieczór nadchodzi, a światło dzienne blednąć zaczyna, barwy jego dopóty się mienią, aż zdumiona stajesz, jak gdyby w sercu wielkiego opala. Gdy giną ostatnie blaski słońca, wtedy, z punktualnością zegarka, u bram miasta ukazuje się dzik wielki o szerści najeżonej i kłach pianą okrytych. Wiedzie on za sobą całą rodzinę. Przestraszona, drapiesz się na kark pierwszego czarnego bożka, którego bałwan stoi w pobliżu. Ze schroniska tego dopiero przyglądasz się, jak dzik, kręcąc zakrzywionym ogonem, niknie w drzwiach obranego dowolnie pałacu. Teraz wiatr nocny porusza piaski i słyszysz, jak pustynia szepce, układając się do snu; czarna ciemność nocy