Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


hamak żółty i, rozbujana w nim, usypiać będziesz, kołysana brzękiem owadów, rozmarzona serenadą, przez szum wodospadu śpiewaną.
— A czy możnaby tam pracować?
— Ma się rozumieć. Wszak człowiek musi wszędzie coś robić. Zawiesisz więc płótno na drzewie palmowem i zostawisz papugom doradczy głos krytyczny. Jeżeli pokłócą się przy tem, jednym zręcznym zamachem rozpędzisz je z łatwością. Miejsc takich cudnych setki tam znajdziemy. Jedź ze mną, a pokażę ci wszystkie
— Nie; ustronie to nie podoba mi się. Podsuwa myśl próżniactwa. Czy nie masz innego do wyboru?
— A cóż powiesz na wielkie miasto umarłe, zbudowane z olbrzymich płyt czerwonego piaskowca, wśród których wyrastają dzikie, zaniedbane, potwornie duże aloesy? Stolica czerwona rzuconą jest na piaski o ciemno-żółtym kolorze miodu. Czterdziestu martwych królów leży tu w grobach coraz wspanialszych, coraz potężniejszych. Patrząc na te pałace, na sklepy i ulice, doznajesz wrażenia, że muszą w nich ludzie mieszkać. Tymczasem szara wiewiórka, drapiąca się delikatnie w nosek, stanowi jedyną oznakę życia na placu targowym; z rzeźbionych zaś podwoi wielkiego domu wychodzi paw i pióra swe, błyszczące