Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest ów świat, o którego zdumieniu marzymy niebacznie. Nie chcę cię zniechęcać do pracy, bo jest ona na równi z pokarmem nieodzownie do życia potrzebną, ale zobacz, dla kogo dzieło twe podejmujesz. Znam niebo, znam raj na ziemi, do którego chciałbym cię zawieźć. Są to wyspy urocze; płynie się do nich przez długie, długie tygodnie, po wodach tak głębokich, iż fale ich zdają się czarne jak marmur, że słońce, którego wschód podziwiasz, z obawą wznosi się ponad tem morzem smutnem.
— Nie rozumiem. Kto doznaje obawy: ja, czy słońce?
— Słońce, rzecz prosta. A pod powierzchnią oceanu dziwny jakiś brzmi łoskot, a w niebie przeczystem, w przestworzu bezchmurnem, nieujęte rozlegają się dźwięki. Zwracasz się więc ku wyspie. Zaludniona wilgotnemi orchideami, kładzie pod stopy twe główki storczyków, które zdają się wykrzywiać szyderczo, jak twarze ludzkie. Mowy brak im tylko. A dalej olbrzymi wodospad spada z szumem o trzysta stóp poniżej i srebrną, spienioną wstęgą toczy się wśród zieleni, tam, gdzie z potężnych drzew kokosowych ciężkie orzechy same z łoskotem staczają się na ziemię. W cieniu drzew tych służący o skórze białej jak kość słoniowa zawiesi ci