Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


więc zapanowała cisza, uwydatniająca tem silniej odgłos ów, dochodzący z dala.
Maisie, osłonięta podstawą armaty, podniosła z wolna głowę, patrząc z pewną obawą na niego; pragnęła szczerze, aby pogodził się raz z dzisiejszym ich stosunkiem i przestał ją nudzić, przestał tworzyć projekty o wspólnych, zamorskich podróżach. Zajęta myślą tą, nieprzygotowaną była na zmianę, jaka zaszła w rysach mężczyzny.
— Parowiec! — zawołał nagle. — Parowiec o podwójnej śrubie! Nie widzę go, lecz musi być gdzieś w pobliżu. A! — dodał, gdy światło rakiety, niby strzała ognista, przecięło mgłę w tej chwili. — A! zatrzymał się tu chwilowo; sygnał ów dowodzi, że mija pośpiesznie wody kanału.
— Więc to są rozbitki? — pytała Maisie, dla której słowa powyższe po chińsku brzmiały.
Oczy Ryszarda nie mogły oderwać się od morza.
— Rozbitki? Co za niedorzeczność! Czerwona rakieta na przodzie, zielone światło z tyłu i dwie czerwone rakiety z pokładu, to zwykłe hasło.
— Ale co ono znaczy?