Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/349

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnież poza Kairem, bez passe-partout korespondenta wojennego nigdy cię więc nie dopuszczą. Na pustyni biją się także; któż jednak zdoła przedrzeć się tamtędy?
Muszę być w Suakimie! — oświadczył stanowczo.
Myśl tę podsunęła mu owa gazeta, w której Alf czytał malowniczy list Torpenhow’a, opisujący obóz, rozłożony pod Suakimem. Heldar wiedział przytem, iż madame Binat posiada w tamtych stronach stosunki i że, gdy zechce, potrafi go za ich pomocą przeprawić.
— Ależ w tym punkcie gotuje się literalnie. Pustynia roi się od ludzi, których zdaje się rodzić w swej obronie. Dlaczego koniecznie do Suakimu?
— Bo tam jest mój przyjaciel.
— Przyjaciel? Phii! Czy nie śmierć czasem nazywasz tem mianem?
— Nie, myślałem o człowieku. Ale... ale... gdyby mi nawet o śmierć chodziło, czy wzięłabyś to za złe?
— Za złe? — zaśmiała się ostro. — A któż ja jestem, abym się ośmielała ganić kogokolwiek, prócz tych, którzy, zjadłszy i wypiwszy, chcą mię oszukać w zapłacie? Nie ganię zatem, lecz sądzę, że to okropne!