Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/350

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Muszę być w Suakimie; myśl więc i działaj za mnie. Nie mam tu nikogo; wszyscy wymarli lub wyjechali. Wiem wprawdzie, że lekkie parostatki egipskie...
— Nie kłopocz się dłużej. Łatwiej mnie, jako miejscowej, wszystko przewidzieć i pokierować. Skoro tak bardzo tego pragniesz, pojedziesz do Suakimu i zobaczysz owego przyjaciela. Siedź tu cicho, a gdy się dom opróżni, idź spać spokojnie. Pojedziesz, daję ci słowo na to.
— Jutro? Wszak prawda?
— O ile będzie można najprędzej.
Przemawiała do niego jak matka do chorego dziecka, a choć dom cały wrzał zabawą i rozbrzmiewał krzykami, madame Binat, doglądająca sama napojów i kasy, znalazła nie tylko chwilę, aby zająć się umieszczeniem Heldar’a, lecz nawet strzegła jego interesów, uśmiechając się do oficerów tureckich oraz do właścicieli wielbłądów; jedni bowiem jak drudzy mogli jej być pomocni w wyprawie Ryszarda.
Nazajutrz z rana, ubrana, pomimo wczesnej bardzo godziny, w ognistą suknię balową, której przód zdobiły szerokie hafty złote, przywdziawszy naszyjnik ze szklanych dyamentów, przyrządziła czekoladę i sama zaniosła ją do pokoju Dick’a.