Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie macie wstydu w oczach! — wołało dziewczę, naśladując oburzoną i rozgniewaną minę mrs. Jennett. — Maisie, do domu natychmiast! Za karę nauczysz się na pamięć: kollekty, epistoły i ewangelii na następne trzy niedziele z rzędu. Więc taki skutek odnoszą moje nauki? Och, to Dick namawia cię do wszystkiego złego! Słuchaj, jeżeli nie jesteś dżentelmanem, mógłbyś przynajmniej...
Zdanie zostało urwanem w połowie. Maisie przypomniała sobie bowiem, przy jakiej to sposobności zostało użytem po raz ostatni.
— Mógłbyś przynajmniej zachować pozory dobrze wychowanego człowieka — dokończył Ryszard szybko. — Miała racyę. Teraz zaś zjedzmy śniadanie i chodźmy do Fort-Keeling’u. A może wolisz pojechać?
— Nie. Powinniśmy iść piechotą, przez sam szacunek dla miejsc tych. Jak się tu nic nie zmieniło!
Gdy zwróciwszy się w stronę morza, przechodzili przez stare, dobrze znane uliczki, wpływ dawnych wspomnień opanował ich duszą. Zbliżali się właśnie do sklepu cukiernika, nadzwyczaj poważanego przez nich podówczas, kiedy to oboje razem złączywszy fundusze swe, posiadali zaledwo szylinga tygodniowego dochodu.