Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/359

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyrzucony wreszcie w Tanai-al-Hassan, poczuł całe brzemię samotności. Jerzy zajęty był mułami, lokomotywa dyszała z przeraźliwym świstem kłębami pary wprost w oczy Heldar’a, zimny wiatr pustyni tańcował dokoła, a głód, znużenie i sen ciężyły nad nim w równej mierze. Ukrywszy ręce w kieszeniach, stał i czekał, licząc, ile razy los jego zawisł od pociągu, parowca, koni, mułów lub wielbłądów, które miały go przewieźć do miejsca przeznaczenia. Wtedy jednak widział jeszcze, a barwny obraz rozłożonego obozu głęboką sprawiał mu przyjemność. Dziś kolor, światło, ruch — wszystko to nie miało dlań znaczenia. Czekała go już tylko podróż jedyna, ostatnia, wśród ciemności, których nic nie rozproszy. Dobiegłszy jej kresu, uchwyci dłoń Torpenhow’a, odurzy się na chwilę — on, ślepy, opuszczony i biedny włóczęga — echem tego życia, jakie prowadził niegdyś świetny i uwielbiany Dick Heldar. A później, później nastąpi zapomnienie. Bessie, niszcząca „Melancholię,“ owo nielogiczne stworzenie, które ofiarowując mu miłość, zapomniało dodać swego nazwiska; Maisie wreszcie, niezdolna zrobić nic złego — wszystko i wszyscy znikną z jego pamięci. Zostanie tylko obraz owej Maisie, właśnie tak kusząco ponętny wśród mgły oddalenia...