Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/358

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na zawsze, do końca życia, zrób mi wielką łaskę i zabierz mnie dzisiejszym pociągiem do obozu... Wszak nikt nie potrzebuje o tem wiedzieć... Pozwól mi tylko posłyszeć strzały, poczuć proch, a będę ci wdzięcznym do śmierci.
Nieznajomy namyślał się przez chwilę.
— Dobrze. Wiozę parowóz pusty, nikt więc nie zaskarży mnie o zabranie jednego człowieka.
W godzinę później wyruszał ze stacyi długi, zamknięty pociąg, przypominający trumnę, a konwojowany przez artylerzystów. Ci ostatni okazali się nader potrzebni, bo oto wśród szumu i świstu pary rozległy się nagle strzały. Dzikie wycie zakłóciło spokój nocy. Dick, oszalały z radości, wyciągnął się na wązkiej ławeczce wagonu.
— Bóg jest dobry, skoro dał mi dożyć tej chwili, skoro pozwolił usłyszeć raz jeszcze odgłos walki!
Pociąg zatrzymał się. Zbrojny oddział, wysłany dla sprawdzenia przeszkody, powrócił z klątwą po rydle. Dzieci pustyni zasypały relsy piaskiem i kamieniami, których uprzątnięcie zabrało dwadzieścia minut czasu. Zaledwie ruszono, rozległy się nowe strzały i nowe krzyki. Przejazd też wśród ciągłych przeszkód trwał półtorej godziny tym razem.