Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i rozczarowania. Teraz dopiero zrozumiała fakt, o którym wśród gorączkowej ucieczki do Londynu nikt jej nie wspomniał, nikt nie objaśnił... Tak, dawny Heldar był złamanym na zawsze, umarłym moralnie! Przed nią stał już nie mistrz pędzla, lecz ruina człowieka, — nie artysta, silniejszy od niej, podziwiany, wielbiony, lecz ślepiec nieszczęśliwy, przygarbiony w fotelu i z trudnością łzy tłumiący.
Czuła nad nim litość, litość większą, niż dla kogokolwiek w życiu, nie dość jednak wielką, aby w cieple jej stajały inne wrażenia, aby mogła zaprzeczyć słowom, przez niego rzuconym. Stała więc, przykuta do miejsca, z uczuciem zawstydzenia i urazy. Układała sobie wśród drogi tryumfalne zwycięstwo ze swej strony, tymczasem tu, wobec niego, zrozumiała dopiero, iż między współczuciem a miłością olbrzymia przestrzeń się mieści.
— Maisie — mówił chory, odwracając od niej wynędzniałe oblicze, — nie miałem nigdy zamiaru robić ci przykrości swym widokiem. Maisie, co ci się stało?
Posłyszał bowiem przyśpieszony jej oddech i łkanie szybkie, wybiegające z piersi, a nie przypuszczał u niej nigdy takiej mocy wzruszenia. Dziewczę tymczasem, jak zwykle osoby nieskłonne do płaczu, raz wybuchnąwszy potokiem