Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Torpenhow jednak, dyszący ze znużenia, stał już pod obroną rewolweru Dick’a. Dwa strzały, rzucone szybko, powaliły na miejscu Araba. Twarz jego, do góry zwrócona, błyszczała bielmem jednego oka, podczas gdy krwawa jama wskazywała miejsce, gdzie drugie się znajdowało.
Zdwojony ogień wystrzałów mieszał się w tej chwili z okrzykami tryumfu. Napad został zwycięzko odparty. Nieprzyjaciel cofał się, pierzchał, tyły podając. Jeżeli środek czworoboku przypominał jatki, pustynia poza nim przybrała cechy sklepu rzeźniczego.
Dick zwrócił się raz jeszcze w środek rozszalałej hordy. Była to drobna resztka nieprzyjaciela, która również szybko rzuciła się do ucieczki. Garść kawaleryi angielskiej, bardzo szczupła zresztą, puściła się w pogoń za maruderami.
Poza linią poległych leżał Arab rosły, krwią oblany. Słońce, zachodzące na skraju pustyni, odbiło się w ostrzu jego lancy, zamieniając krew, żelazo i wszystko w jedną ognistą plamę.
— Usuń się, ty bydlę dzikie! — zawołał ktoś równocześnie.
Dick podniósł rewolwer, mierząc w Araba. Ten widok jednak zachodu, ta plama krwawa, wstrzymały jego rękę. Zdawało mu