Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ranieni, wiedząc, że nic im już nie zostaje, że i tak życie ucieka, chwytali w głuchej wściekłości zastępy uciekających, a czepiając się szat ich, szarpiąc za ciało, ściągali i obalali na ziemię. Odważniejsi lub silniejsi czołgali się do porzuconych karabinów i, podjąwszy je, strzelali w grupę skłębioną.
Wśród zamieszania tego Dick poczuł nagle, iż ktoś wymierzył mu silne cięcie przez Środek hełmu. Wiedział, że on w zamian skierował lufę swego rewolweru w twarz czarną, pianą wściekłości pokrytą, w twarz, która przestała już przypominać ludzkie oblicze. Pamiętał jeszcze, że Torpenhow wił się równocześnie w walce z zaciekłym Arabem, któremu na próżno usiłował wymierzyć cios w same oczy, — że doktor uderzał bagnetem, na chybi trafi, gdzie się uda, a jakiś żołnierz z odkrytą głową strzelał, celując karabinem przez ramię Dick’a, któremu nawet proch policzek osmalił. Co się jednak dalej działo, o tem nie miał już pojęcia. Instynktem tylko kierowany zwrócił się w stronę Torpenhow’a.
Przedstawiciel Południowego Syndykatu, uporawszy się tymczasem z zaciekłym Arabem, palce w krwi zbroczone o spodnie ocierał. Arab zawył głośno, a chwyciwszy się obu dłońmi za głowę, skoczył wprost na przeciwnika.