Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się, iż dochodzi go jakiś szmer, jakiś szum, niby odgłos poblizkiego morza... Przytem rewolwer i to światło czerwone... a dalej... dalej głos niewyraźny... Gdzie on to wszystko słyszał? Czyby w przeszłem życiu?
Dick czekał, wspomnieniem uniesiony. W tejże jednak chwili coś zdawało się łamać w jego głowie i ogarnęła go nagle ciemność, ciemność straszna, która ból mu sprawiała. Strzelił bezwiednie, a podczas gdy kula leciała gdzieś, hen, w piaski pustyni, usta jego wyszeptały:
— Nie trafiłem do celu; szkoda, niema już ładunków. Biegnijmy teraz na herbatę.
Podniósł rękę do głowy. Gdy ją odjął, była cała krwią zbroczona.
— Cóż to, stary, skrobnęli cię szpetnie? — posłyszał nad sobą głos Torpenhow’a. — Oberwałeś, broniąc mnie poniekąd; dziękuję ci i nie zapomnę o tem. Ale wstań; nie możesz przecież leżeć tutaj.
Dick opadł ciężko na podnoszące go ramię, usta zaś jego szeptały równocześnie niezrozumiałe słowa, zalecały komuś celować nizko i na lewo. Z ostatnim wreszcie wyrazem runął na ziemię.
Torpenhow zawlókł go do doktora, poczem sam usiadł pisać co prędzej sprawozdanie