Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


umiemy; wskazać wszakże zasady, na mocy których działamy, to zadanie często niełatwe.
— Gdybyś mi dała pędzel do ręki, wykończyłbym to w mgnieniu oka — zawołał Dick, zrozpaczony upartym podbródkiem, który, według wyrażenia Maisie, nie chciał w żaden sposób nabrać miękkiej soczystości ciała. — Poprawiłbym z łatwością; nauczyć cię jednak, jak masz sama zrobić, nie potrafię. Koloryt twój posiada jakąś cechę holandzką, ponurą, która mi się bardzo podoba; rysunek jednak słabym jest widocznie. Skrócenia tak wyglądają, jak gdybyś nigdy nie malowała podług żywego modelu; przytem przejęłaś manierę Kami’ego. Ciało nie ma jędrności, a w cieniu nabiera pozoru ciasta. Nie wiedząc o tem, oszukujesz sama siebie i własną pracę, byle tylko uniknąć gruntownej, choć nudnej może roboty. Otóż, gdyby cię to nie rozgniewało, poradziłbym poprzestać czas jakiś na rysunku. Linie nie pozwalają na żadne szacherki, na żadne ustępstwa. Wszystko musi być zrobione wyraźnie i dokładnie. Tymczasem farby olejne to ulubiona ucieczka partaczy. Trzy lub cztery cale kwadratowe ładnej, soczystej karnacyi ocala nieraz obraz, kryjąc wady i braki w nakreśleniu postaci. Rzecz to znana, lecz niemoralna. Weź się na czas krótki do rysun-