Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ku, a wtedy dopiero potrafię ocenić twe zdolności, siłę twego talentu... jak się zwykł Kami wyrażać.
Maisie zaprotestowała żywo. Kreda i ołówek nie pociągały jej, nie zajmowały.
— Wiem o tem — przyznał Ryszard. — Wolisz malować główki fantazyjne; kwiaty bowiem, jakimi otoczysz ich szyję, osłonią zły rysunek i wadliwe modelowanie korpusu.
Rudowłosa impresyonistka rozśmiała się mimowoli.
— Wolisz — ciągnął artysta dalej — tworzyć krajobrazy, w których krowy i konie będą stały po kolana w trawie dlatego jedynie, aby ukryć krzywe swe nogi. Wolisz robić to, czego właściwie robić jeszcze nie umiesz. Masz niezaprzeczone poczucie barw, lecz nie zdołałaś zapanować nad formą. Otóż poczucie barw to dar boży, którego ci nikt i nic nie odbierze; forma zaś to rzecz, którą wypracować, której nauczyć się trzeba. Dlatego też radzę: odłóż farby, a weź się do rysunku. Inaczej wszystkie te fantazyjne główki, a kilka bardzo jest ładnych, tak uwiężą twórczość twą i talent, iż ani o krok nie postąpi on na przód. Rysunek tymczasem, wykazawszy słabe strony, zatrzyma cię chwilę, lecz później pozwoli ze zdwojoną siłą rozwinąć skrzydła.