Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dajże pokój i przestań zwracać na mnie uwagę. Czy wyjeżdżasz na pewno?
— Tak. Odnowiłem umowę z Południowym Syndykatem i to na lepszych niż przedtem warunkach.
— Kiedy wyruszacie?
— Pojutrze; wprost do Brindisi.
— Chwała Bogu! — wybiegło na usta chorego.
— No, okrzyk ten nie jest zbyt uprzejmy. Możnaby sądzić, iż pragniesz pozbyć się mnie jak najprędzej. Przebaczam ci to jednak; zakochani bywają zwykle samolubni.
— Wiesz dobrze, iż myśl pozbycia się ciebie daleką była ode mnie. Słuchaj, przyjacielu, chciałbym prosić, abyś mi odebrał przed wyjazdem sto funtów z banku.
— Sto? Czy to nie za mało na urządzenie domu?
— Och, to tylko na... na wydatki ślubne.
Torpenhow przyniósł pieniądze i, podzieliwszy starannie banknoty na pięcio i dziesięcio-funtowe, każde do osobnej zamknął szufladki.
— Uzbrójmy się w cierpliwość — myślał równocześnie. — Zakochani zwykli mówić ciągle o przedmiocie swych westchnień; Dick więc