Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie przestanie mnie nudzić aż do chwili wyjazdu opowiadaniami o tej dziewczynie.
Zarówno jednak projekty na przyszłość, jak imię Maisie, nie postały ani razu na ustach Heldar’a. Oparty o drzwi, dzielące ich pokoje, stał nieruchomo przez cały czas pakowania rzeczy, pytając ciągle o szczegóły nowej wyprawy. Ta powściągliwość zniecierpliwiła wkońcu Torpenhow’a.
— Widzę, że nie lubisz dzielić się szczęściem z innymi. Zazdrosnym o nie jesteś — wyrzekł wreszcie ostatniego wieczoru.
— Kto wie, może masz racyę — brzmiała odpowiedź. — Jak sądzisz, czy wojna długo potrwa tym razem?
— Dnie, miesiące, lata nawet. Któż to zdoła przewidzieć?
— Boże! czemuż mnie z wami jechać nie wolno!
— Wielkie nieba! Cóż za niepojęte stworzenie z ciebie! Chyba zapomniałeś, że masz się żenić wkrótce?
— A prawda! No, tak... żenię się, żenię się przecież... Nie podziękowałem ci dotąd za pośrednictwo, a jednak, przyjacielu, jestem ci wdzięczny, z całego serca wdzięczny...
— Czegóż więc, do licha, wyglądasz, jak gdyby cię na ścięcie prowadzono?