Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/299

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dziękuję. Zrobiłoby mi to wielką przyjemność, ale... nie mogę. Nie czuję się dziś w usposobieniu do zabawy.
— Powiem chłopcom i zabiorą cię przemocą.
— Daj pokój, przyjacielu. Daję ci słowo, że wolę ciszę i samotność.
— To może ci przynajmniej przysłać cokolwiek? Może wypijesz z nami? Cassavetti śpiewa już pod działaniem kieliszka.
— Dziękuję za wszystko. I tak głowa mię boli.
— Cnotliwe z ciebie chłopię. Wpływ to snać wzruszeń sercowych. Z całego serca winszuję ci, Dick’u; winszuję tem więcej, że i ja należałem do spisku, który uwieńczył tak świetnie twoje uczucia i projekty.
— A idź-że raz do dyabła i... i przyślij mi tu psa... Wam przecież niepotrzebny?
W chwilę później wkraczał do pracowni Binkie, kręcąc ogonem na dowód rozbawienia i uciechy. Poznawszy jednak, że nie tu miejsce do dawnych figlów, ułożył się cichutko na kolanach Dick’a i nie odstępował go już ani na chwilę.
— Cóż to, nie wyglądasz mi zbyt wesoło, jak na szczęśliwego narzeczonego? — zagadnął Torpenhow nazajutrz.