Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/267

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jedziesz, i koniec! My tymczasem zajmiemy twoje mieszkanie. Opatrzność pomaga tym, którzy sobie dopomagają; nie możemy więc pozwolić, aby Dick — tu zniżył głos — był ci kulą u nogi z chwilą, gdy wojna się zacznie. W ten zaś sposób i ty się oswobodzisz i on wdzięcznym ci będzie.
— Ha, spróbuję!... Co prawda, nie pojmuję, aby kobieta przy zdrowych zmysłach dała koszyka Heldar’owi.
— Wytłómacz jej to; wymowa twa wobec niewiast znaną nam jest od dawna. Spiesz się jednak; niech jutro o tę porę nie będzie już śladu po tobie. Rozkaz dany, żadnych rozmyślań... jazda!
— Dick’u — mówił Torpenhow nazajutrz z rana, — czy mogę być ci w czemkolwiek użyteczny?
— Dziękuję! Pragnę spokoju tylko, niczego więcej. Jestem przecież ociemniałym; zbyt często każesz to sobie przypominać.
— Może ci co przynieść? Może co załatwić?
— Nic. Daj mi święty pokój. Idź precz, razem z tymi piekielnie skrzypiącymi butami!
— Biedactwo — myślał Torpenhow, — musiałem doprowadzić nerwy jego do ostatecznego rozstroju. Potrzeba mu widocznie kogoś