Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ków w 1870 roku; dziś stoi tam, a przynajmniej stać powinien, szwadron kawaleryi. Gdzie może się mieścić szkoła malarska, o tem nie mam pojęcia; w każdym jednak razie odnajdziesz ją z łatwością. Stanąwszy wobec owej Maisie, opowiesz jej, jak ciężkie nieszczęście dotknęło Dicka, i tak wzruszysz ją jego losem, że sama tu pośpieszy. Wszak, według słów Ryszarda, prócz szalonego jej uporu nic ich nie dzieli na tym świecie.
— Nic. Mieliby przytem we dwoje przeszło czterysta dwadzieścia funtów rocznej renty, bo Dick wśród majaczeń i o tem nie zapominał; przyszłość ich więc byłaby w zupełności zapewnioną.
— Torp! — zabrzmiał głos Nilghai’ego — rzecz postanowiona, masz jechać. Nie próbuj nawet szukać wymówki.
W poczciwych rysach Torpenhow’a odbiło się żywe zakłopotanie.
— Pomysł szalony — tłómaczył, — nieprawdopodobny! Czyż mogę chwycić ją za włosy i przemocą przyprowadzić tutaj?
— Wiesz, że w naszym zawodzie jedynem zadaniem jest właśnie czynić szalone i nieprawdopodobne rzeczy; za to płacą nam przecież. Tam robimy je dla zabawienia publiczności, tu przez głos przyjaźni. Niema co, kochanku,