Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Stwierdzam fakty — bronił się Torpenhow. — Ryszard, o ile przytomny, nigdy o tem nie mówi; siedzi tylko i rozmyśla; a gdy sądzi, że sam jest w pokoju, przekłada z ręki do ręki trzy nieodpieczętowane listy, które od niej w czasie choroby odebrał. Teraz, gdy wiecie wszystko, radźcie, co mam uczynić.
— Pomów z nim otwarcie — podsunął Nilghai.
— Tak! A może napisać jeszcze do niej, aby przyjechała poślubić go z litości? Niema co mówić! Znacie Ryszarda... Wszak pamiętasz, Nilghai, co się stało nie dawno, gdyś go zapewniał o swem współczuciu? Idź więc, proszę, teraz tam, do sypialnego pokoju Heldar’a, poproś go, aby ci się wyspowiadał z przeszłości swej i spraw sercowych, a następnie zaproponuj odwołanie się do litości owej Maisie, której nazwiska nawet nie znamy. Miej się jednak na baczności; jestem bowiem głęboko przekonany, że cię gotów zabić, udusić; uprzedzam zaś, iż od czasu ślepoty muskuły jego zdumiewającej nabrały sprężystości.
— Słuchaj, Torp — wtrącił Kenen, — zadanie twoje nader jest łatwem. Jedź po prostu do Vitry-sur-Marne; znajduje się ono w pobliżu linii kolejowej Bézières-Landes, na trakcie do Tourgas. Było zbombardowane przez Prusa-