Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poświęcenia postać niewieścia, niosąca mu pomoc i pociechę.
— No, ciekawe byłyby to sceny! A dziękiż niebu, że rzeczy tak źle nie stoją!
— Nie o Afrykę tu chodzi. Czy sądzisz jednak, że pielęgnowanie przez delikatne rączki Torpenhow’a może zadowolić chorego, że spełnia w zupełności marzenia Heldar’a?
— Wiem, że nie czyni zadość potrzebie, że nie przynosi mu dostatecznej ulgi, a jednak cóż mam zrobić?
— Na to może dać tylko odpowiedź życie Dick’a. Ty znasz je najlepiej, opowiadaj więc szczegóły. Wszak liczymy się tu wszyscy do szczerych jego przyjaciół.
— Tak; lecz to, co wiem, stanowi tajemnicę, zdradzoną w malignie jedynie.
— Tem lepiej; snać chodzi o prawdę świętą. Kimżeż jest owa wymarzona?
Torpenhow opowiedział zwięźle i treściwie, jak na korespondenta wojennego przystało, znane sobie dzieje Maisie. Zebrani słuchali w skupieniu.
— Czyż to możliwe — zawołał wreszcie Kenen, — aby człowiek skończony i dojrzały wracał po tylu latach do swych uczuć chłopięcych? Powiedzcie, czy to możliwe?