Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/263

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie kuś mię, muszę bowiem pozostać z Ryszardem. Próba to ciężka, bo łatwiej byłoby może pielęgnować chorego niedźwiedzia. Zdaje mi się jednak, że obecność moja sprawia mu pewną ulgę, że lubi mieć mnie przy sobie.
Nilghai rzucił sarkastyczną uwagę o szaleńcach, którzy łamią własną karyerę dla dogodzenia sentymentalizmowi równych jak oni głupców. Torpenhow zaczerwienił się z oburzenia; zanim jednak ostra odpowiedź zdążyła wybiedz na jego usta, do rozmowy wmieszał się milczący dotąd Kenen.
— Wszak istnieje inna jeszcze droga wyjścia — podsunął. — Po co tu gniewy, po co niepotrzebne poświęcenia? Heldar jest, a raczej był człowiekiem przystojnym, który umiał się dosyć podobać.
— Oho! wiesz to z własnego doświadczenia. Pamiętam ja dobrze sławetną utarczkę waszą w Kairze. Torp, nie gniewaj się za poprzedni mój wybuch.
Przyjazny uśmiech stał się dowodem przebaczenia. Kenen ciągnął tymczasem dalej:
— Patrząc na żołnierzy naszych, umierających bez pomocy wśród pustyń afrykańskich, rozmyślałem nieraz, że gdyby nie brak środków transportowych, przy każdym z tych nieszczęśliwych znalazłaby się zapewne jakaś pełna