Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/83

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Czy pamiętasz owe krajobrazy sudańskie, które oglądaliśmy razem? — podsunął Torpenhow z cmoknięciem zachwytu, obliczonem na podniecenie Ryszarda.
Dick poruszył się żywo.
— Nie mów mi o nich. Samo wspomnienie to budzi we mnie chęć powrotu. Cóż to za koloryt, co za barwy, co za orgia barw! Opal i umbra, złoto i krew, siarka i całe upierzenie papuzie na tle bronzu, a w pośrodku skała, jak Murzyn czarna, uwieńczona, niby fryzem dekoracyjnym, szeregiem wielbłądów, odcinających się ostro na tle najpyszniejszego lazuru niebios.
Wzburzony, zaczął chodzić szybko.
— A jednak spróbuj tylko dać tym ludziom rzecz podobną, spróbuj barwy, jakiemi ją Bóg umalował, odtworzyć według siły i zdolności, wlanych w duszę twą przez Niego...
— O, skromności uosobiona! Mów dalej!
— Możesz zaś być pewnym, iż garść głupców bezpłciowych powie ci natychmiast, choć żaden z nich nie był nigdy w Algierze, że najwpierw pojęcia twoje są przesadne, powtóre że tego rodzaju malarstwo nie jest właściwą sztuką.