Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/82

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głupców. Ty powiedziałbyś zapewne, że to ludzie... trochę ograniczeni. Przed paru dniami, na przykład, jakiś chłystek dowodził mi, iż niepodobną jest rzeczą, aby cienie na piasku białym zaznaczały się niebieskawo, aby je robić ultramaryną, jak ja to czynię. Cóż powiesz? Dobadałem się później, że nie wyścibiał on nosa za bramy miejskie, że nie był dalej jak w Brighton. I taka przeklęta istota będzie ci o sztuce rozprawiała! Mało tego: powiadam ci, że dał mi potężną naukę, radząc, abym poszedł do szkoły uczyć się techniki. Ciekawy jestem, coby też rzekł na to stary Kami?
— A kiedyż pracowałeś u Kami’ego, człowieku o nadzwyczajnych przygodach?
— Przesiedziałem dwa lata w szkole jego w Paryżu. Cny mistrz nauczał nas głównie za pomocą osobistego magnetyzmu, lekcye swe bowiem ograniczał do ustawicznego powtarzania: Continuez, mes enfants. Słowa te całą były wskazówką. Swoją drogą posiada on boskie dotknięcie pędzla i pewną oryginalną siłę kolorytu. Kami musi śnić i marzyć o barwach, musi je odgadywać intuicyą. Przysiągłbym bowiem, że wielu rzeczy nigdy na oczy swe nie oglądał, a jednak odtwarza je poprawnie i przepysznie.