Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już złorzeczył własnej słabości, która go w niewolnika uczuć zamieniała. Błagał Maisie o jeden pocałunek, o jeden, jedyny pocałunek, zanim odjedzie; prosił, by wracała prędzej z Vitry-sur-Marne. W chwili zaś, gdy mu się wyrywało słowo żalu, poprawiał się, wzywając niebo i ziemię na świadki, że królowa nie może się mylić.
Torpenhow słuchał uważnie, dowiadując się wszystkich, nieznanych mu szczegółów z życia Heldar’a.
Maligna trwała trzy dni bez przerwy; po upływie ich chory zasnął spokojnie.
— Biedny chłopak, ile on wycierpiał! — rozważał Torpenhow. — Ktoby przypuszczał, że taki Dick pod działaniem uczucia odda się w niewolę, że potrafi, jak pies, wiernym być i przywiązanym? A ja go pomawiałem zawsze o arogancyę; łatwo snać mylić się w sądach o bliźnim. Cóżto jednak za szatan egoizmu z tej dziewczyny! Zabiera mu świadomie całe życie, a w zamian pozwala się pocałować na odjezdnem.
— Torp! — zawołał Ryszard, przyszedłszy do przytomności — proszę cię, idź odetchnąć świeżem powietrzem. Za długo już byłeś w tym pokoju. Zresztą i ja wstanę. Ooo! Nie mogę trafić do moich rzeczy, nie mogę się sam ubrać. Ależ to śmieszne po prostu!