Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Torpenhow pomógł mu przyodziać się i zaprowadził go do dużego fotelu w pracowni. Chory siedział, czekając z najwyższem naprężeniem nerwów, czy ogarniająca go ciemność nie rozproszy się czasem. Po dwóch dniach próżnej nadziei Ryszard odważył się na samoistną przechadzkę po pokoju. Potknąwszy się jednak kilka razy i zbiwszy nogę, doszedł do przekonania, iż najpraktyczniej będzie chodzić na czworakach, badając rękami grunt przed sobą.
Torpenhow zastał go w tym stanie na podłodze.
— Badam geograficzne położenie nowych mych posiadłości — próbował żartować. — Czy niema dla mnie listów? Są? Tem lepiej. Jeżeli w grubej, szarej kopercie, z koroną na wierzchu, to, proszę, oddaj mi go. Nie będziemy czytali; niema w nim nic ważnego.
Otrzymawszy z rąk towarzysza list z cyfrą M. i ową koroną, schował go do kieszeni. Nie było tam tajemnic, ale słowa te należały do Maisie, a więc stanowiły świętość, której nikt znać nie powinien.
— Gdy nie dostanie kilka razy odpowiedzi — rozumował, — przestanie pisać i na tem skończy się wszystko. Nie miałaby i tak ze mnie pożytku, a więc lepiej kres temu położyć.