Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na próżno kusiła go chęć doniesienia jej o swym losie. Na myśl tę każdy nerw się w nim oburzał.
— Dość już upadłem! — wołał. — Czyż mam się poniżyć aż do błagania litości? Byłoby to zresztą okrucieństwem i niesumiennością z mej strony.
Usiłował więc usunąć Maisie ze swej pamięci, ale ociemniali tyle mają czasu na samotne rozmyślania, biedne zaś serce Heldar’a takie było chore i zgnębione! Nadszedł jeszcze jeden i drugi list od Maisie, potem zaś nastąpiła cisza; a Dick siedział tymczasem długie godziny u okna pracowni i, wciągając w spragnione płuca tchnienie wiosny, myślał wciąż o jednem tylko. Widział Maisie tam w dali, a obok niej innego mężczyznę, pełnego siły i zdrowia, który serce jej zjednać sobie potrafił. Wyobraźnia, podniecona własnym bólem i niedolą, nie oszczędzała mu ani jednego szczegółu, aż oszalały beznadziejną, trawiącą go rozpaczą, zaczynał nieskończoną wędrówkę po pracowni, z ustawicznem potykaniem się o piec, który zdawał się ciągle tuż przed nim wyrastać. W ciemności tytuń nawet nie smakował mu zupełnie. Arogancya też i pewność siebie sławnego artysty minęły bezpowrotnie; pozostał tylko pokorny, głęboki smutek, znany Torpen-