Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


how’owi, i ślepa, namiętna rozpacz, objawiana w nocy jedynie, a łzami krwawemi zlewająca poduszki.
— Chodź ze mną do parku — zaproponował towarzysz. — Od owej chwili nie ruszyłeś się nogą z domu.
— Po co? Czy może istnieć ruch w ciemnicy? A przytem — zawahał się — przejadą, stratują mnie jeszcze.
— Chyba nie wtedy, gdy ja będę z tobą.
Turkot ulicy napełnił go trwogą nerwową; chwycił Torp’a silnie za ramię i wyszeptał bezwiednie:
— Ja, ja... szukający nogą rynsztoka! O, Boże!
Wchodzili w tej chwili do parku.
— Patrz, gwardya idzie! — zawołał Torpenhow, chcąc myślom jego inny nadać kierunek.
Ślepiec wyprostował się.
— Zbliżmy się do nich — prosił, — dalej, dalej. Czuć już drzewa rozwinięte, czuć świeżą roślinność w powietrzu.
Torpenhow uderzył obcasem i, wyrwawszy kępkę trawy, podał ją ociemniałemu.
— Powąchaj, skoro lubisz ten zapach; orzeźwi cię on. A teraz ostrożnie, nizko... drut