Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przyzna, że... królowa nie może się mylić. Torp nie wie o tem; powiem mu, gdy będziemy w głębi pustyni. Co oni wyprawiają z temi linami okrętowemi? Patrzcie, pyszna piana na wodzie zielonej! Jak ładnie wygląda! Muszę naszkicować. Ach, prawda, nie mogę: jestem przecież dotknięty ślepotą! Była to jedna z dziesięciu plag Egiptu; rozciągała się w dół Nilu, aż do katarakty. Cha, cha, cha! Torp, ależ ja żartuję tylko! Ostrożnie, Maisie, droga moja, bo wpadniesz i zamaczasz sukienkę.
— O! — szepnął Torpenhow — to imię już słyszałem; powtarzał je w gorączce także tam w Afryce.
— Powie później, źe z mojej winy wróciłaś zabłocona. Maisie, nie uważasz; wiedziałem, że chybisz. Celuj, najdroższa, niżej trochę i na lewo... Nie gniewaj się, ukochana; przysięgam, że dałbym sobie chętnie rękę odciąć, gdybym wiedział, że ci to przyniesie cośkolwiek więcej nad upór. Uciąłbym prawą rękę dla ciebie, gdybyś tego chciała...
— Nie należy słuchać dalej — wyszeptał Torpenhow. — Chodzi tu pewno o jakieś dwie wyspy, oddzielone od siebie morzem nieporozumień.
Majaczenie ciągnęło się dalej, jednocząc rozpierzchłe myśli chorego około imienia Maisie. Jużto wykładał on zasady malarstwa,