Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Puść mię! — zawołał wreszcie — puść! Kości mi łamiesz. Chcesz, abym nie okazał bojaźni, abym nie stchórzył wobec takiego losu?
— Kładź się. Zrozumiałeś wreszcie myśl moją.
— Tak, zrozumiałem; bądź spokojny. Pozwól mi tylko trzymać swą rękę; niech się oswoję z tą ciemnością piekieł; zdaje mi się bowiem, że, pozbawiony podpory, w przepaść jakąś wpadnę.
Torpenhow, leżący już na szezlongu, wyciągnął dużą, włosem pokrytą łapę, którą Ryszard pochwycił, jakby deskę zbawienia. Gdy w pół godziny później nieszczęsny zasnął wreszcie, ręka usunęła się, a Torpenhow, wzruszony, rozrzewniony, pochylił się i pocałował go lekko, tak, jak mężczyzna zwykł całować na placu boju ranionego śmiertelnie a drogiego sobie towarzysza, chcąc mu chwilę konania lżejszą uczynić.
O świcie Torpenhow posłyszał nagle głos Dick’a i zerwał się z posłania. Chory, pogrążony w malignie, mówił szybko:
— Bardzo żałuję, że tego nie lubisz; ale skoro podane, musisz zjeść. Ślepota jest przykrą w dzień tylko; odłożywszy więc na bok „Melancholie“ i wszelkie złe humory, każdy