Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dick, uwolniwszy jego ramię, chwycił oburącz za poręcz łóżka, by czekać z trwogą beznadziejną za rozproszeniem się ciemności.
— Jakże też długo bawiłeś! — zawołał, gdy Torpenhow wrócił. — Czarno dokoła, wciąż czarno... Czem tak stukasz? co przesuwasz?
— Kanapkę moją, kołdrę i poduszkę. Będę spał u ciebie. Kładź się i ty; sen cię uspokoi, a ranek przyniesie zmianę może.
— Nie położę się za nic. — Głos Dick’a złamał się nagle i przeszedł w jęk głuchy: — Boże! wielki Boże! więc jam oślepł, oślepł! Więc ta ciemność nigdy się już dla mnie nie rozproszy!
Chciał zerwać się z łóżka, lecz ramiona Torpenhow’a opasywały go z siłą, a głowa przyjaciela spoczęła na jego ramieniu, zmuszając do pozostania w miejscu. Łamał więc tylko ręce, powtarzając z beznadziejną rozpaczą:
— Ślepy! Ociemniały!
— Spokoju, Dick’u, spokoju! — szeptał mu do ucha głos głęboki, współczucia pełen. — Męstwa, stary druhu! Wszak nie drżałeś wobec kul śmiertelnych, niechżeż nikt nie powie, że lękasz się dzisiaj.
Ramiona Torpenhow’a obejmowały go coraz mocniej, uniemożliwiając wszelkie usiłowanie ucieczki. Ryszard, bezsilny, poddał się temu i łkał tylko, zwiesiwszy głowę na piersi.