Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


była w stanie. Na próżno tłumaczył sobie, że, zajęta ulubioną pracą, nie wiele dbała o jego losy; na próżno powtarzał, iż ludzie depczą zwykle tych, którzy, stoczywszy się z wyżyn, u stóp ich upadli; uczucie przeważało wszelkie rozumowania.
— Niechby przynajmniej, jak ja niegdyś Binat’a, wzięła mnie za przedmiot do studyów, niechby mi pozwoliła być w swem pobliżu, choćby tymczasem kto inny nad sercem jej panował... Uf! Jakżeż ja znikczemniałem, jak nizko upadłem!
Wtem z pokoju Torpenhow’a doszły go stłumione śpiewy. Dick zerwał się gwałtownie.
— To głos Cassavetti’ego! Powrócił więc do Londynu... Teraz wiem już, dlaczego Torpenhow wyjechał. Czekają wojny, szykują się na nową wyprawę, a ja... ja nie wezmę w niej udziału!
Nilghai nakazał donośnie, aby się uciszono.
— Przez wzgląd na mnie — szepnął Heldar z goryczą. — Gotują się do odlotu i nie chcą, abym o tem wiedział. Rozróżniam głosy: Morten’a, Sutherland’a, Mackay’a. Połowa korespondentów wojennych zbiegła się snać do Londynu, a mnie wykluczono z ich liczby.
Przeszedłszy śmiało przez sień, otworzył drzwi do pokoju Torpenhow’a. Roiło się tu od ludzi; czuł to, nie widząc nawet.