Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


świeżych? Samo bawienie się nimi, rozkoszby mu sprawiało.
Nazajutrz Nilghai przyniósł kawał miękkiego wosku, sądząc, że modelowanie z niego jakich figurek przyjemność mu sprawi. Heldar obrócił go kilka razy w ręku i oddał napowrót.
— Zabierz to — wyrzekł. — Nie umiem rozpoznać kształtu nawet. Dotyk ślepców wyrobię sobie za lat pięćdziesiąt dopiero. Nie wiesz, gdzie Torpenhow pojechał?
Nilghai zaprzeczył.
— Zajęliśmy tymczasem jego mieszkanie — kończył. — Czy mogę zrobić co dla ciebie?
— I owszem: możesz pozostawić mię w spokoju. Nie sądź, proszę, że jestem niewdzięczny, ale samotność to jedyna rzecz na świecie, której pragnę dzisiaj.
Nilghai odszedł, Heldar zaś popadł na nowo w ponure swe rozmyślania i głuchy bunt przeciw przeznaczeniu. Nawet wspomnienie dzieł, stworzonych z takim rozgłosem, i sławy zdobytej, nie były mu już pociechą; nawet gorączka pracy dalszej nie ożywiała jego samotni. Czuł jedynie głębokie dla siebie współczucie, głęboką litość nad własną dolą, a to roztkliwienie, ten żal nad sobą, przynosiły mu ulgę niejaką. Dusza tylko jego wyrywała się ku Maisie, tej Maisie, która jedna pojąć go