Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gdzie wojna? — zapytał. — Czy w Bałkanach nareszcie? Dlaczego tailiście ją przede mną?
— Sądziłem, że cię to nie obchodzi — kłamał z zawstydzeniem Nilghai. — Nie, nie w Bałkanach. Nowy wybuch w Sudanie.
— Szczęśliwi nicponie! Pozwólcie mi posiedzieć tutaj przynajmniej. Wszak widok mój nie będzie wam zatruwał humoru. Jak się masz, Cassavetti!...
Podprowadzony do fotelu, słuchał ze skupieniem szelestu map rozkładanych i coraz silniejszego gwaru głosów ludzkich. Wszyscy mówili naraz, roztrząsając najrozmaitsze kwestye, od spraw prasowych do warunków żywności, od dróg żelaznych i zdolności dowodzących do możliwego zwycięstwa. Język ich szorstki, nieokrzesany, zgorszyłby niejednokrotnie publiczność; wybuchy też śmiechu drażniły nerwy Heldar’a. Wrzawa podniosła się do tego stopnia, iż Nilghai, chcąc wreszcie przywrócić spokój, musiał bić w stół dwiema pięściami.
— Powiedzcie mi, co się dzieje z Torpenhow’em? — zapytał Heldar, gdy uciszyło się na chwilę.
— Jest na służbie.
— Co to znaczy?