Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Pojechał w konkury, do ładnej podobno dziewczyny — objaśnił Nilghai.
— Nie chce wziąć udziału w wyprawie. Powiada, że zostanie w domu — uzupełnił Kenen.
Dick zaklął głośno.
— Co? Ma zostać w domu? Nie, nie pozwolę. Jeżeli wy nie umiecie przemówić mu do rozumu, ja to uczynię; tyle potrafię jeszcze. On ma nie pojechać, on, najzdolniejszy z was wszystkich! Nie wytrzymalibyśmy tu oba. Ach, prawda, o mnie niema mowy. Zapomniałem... Jakżeż mi żal, że towarzyszyć wam nie mogę.
— I nam wszystkim przykro, Dick’u — zapewnił Kenen.
— Mnie najwięcej — uzupełnił nowy artysta, zamówiony już przez Centralny Syndykat Południowy. — Czy nie mógłbyś pan udzielić mi pewnych objaśnień?...
— I owszem, dam jedną radę — przerwał Dick, kierując się ku drzwiom. — Oto, gdybyś pan miał kiedykolwiek otrzymać cięcie w głowę, nie broń się przed niem; przeciwnie, proś napastnika, aby cię dobił. Będzie to stokroć korzystniej dla ciebie. Dziękuję, żeście mi pozwolili posiedzieć tutaj.
— Co tak rozżaliło Heldar’a? — pytał w godzinę później Kenen, gdy zostali sami z Nilghai’m.