Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Gdzie masz na to dowody?
— Czy pamiętasz, jaki śpioch z niego, jak go trudno, nawet gdy jest na służbie, podnieść z posłania? Czy pamiętasz, jaki mieliśmy kłopot z obudzeniem go w bitwie pod El-Maghrib? Otóż dziś wstał sam, po ciemku jeszcze i wystrojony wyjechał z domu przed ósmą z rana. Mówię ci, że to znak rozpaczny.
— Zapewne, dowód poważny. Ale może zebrał się po prostu kupić sobie konia. Dla takiej rzeczy gotów zerwać się o północy.
— Eh, z konia nie robiłby tajemnicy. W grę wchodzi tu dziewczyna.
— Skąd taka pewność? A może właśnie mężatka?
— Oszalałeś! Któżby tam wstawał o świcie dla cudzej żony! Tę można i w dzień widzieć.
— Niech więc będzie i dziewczyna. Co cię to tak korci? Może nauczy go ona właśnie, że świat istniałby i bez niego.
— Wpierw jednak zniechęci go do roboty, zabierze mu czas, wyda się za niego, zwichnie mu przyszłość całą. Zanim się opatrzymy, będzie już ożeniony i na następną wyprawę nie pójdzie, rzecz prosta.
— Wszystko to bardzo być może; ręczę wszakże, iż równie ważny wypadek nie po-