Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wstrzyma ziemi w jej biegu... Ho, ho, chciałbym ja zobaczyć Dick’a, idącego w zaloty! Ale dajmy mu pokój. Nie martw się. Takie rzeczy trzeba zostawić wszechmocy Allah’a. Ustaw lepiej szachy.


Rudowłosa leżała w swoim pokoju, na łóżku, ze źrenicami szeroko roztwartemi, a utkwionemi nieruchomo w sufit. Kroki oddalających się stukały lekko o asfalt i cichły coraz bardziej, aż wkońcu, podobne do szeregu milknących pocałunków, zdawały zlewać się w jeden długi, gorący uścisk. Ręce impresyonistki zamykały się i otwierały z dziką wściekłością.
Najemnica, zgodzona do uszorowania podłogi w pracowni, stanęła w tej chwili na progu.
— Przepraszam panienkę — mówiła. — Przy myciu posadzki używa się trojakiego mydła: zwyczajnego, szarego, albo dezynfekcyjnego. Zanim więc zacznę, chciałam się zapytać: jakie panienka woli? Jeżeli szare mydło...
W słowach tych nie było nic obraźliwego, a jednak rudowłosa zerwała się jak pantera i z wściekłością skoczyła na środek pokoju.
— A cóż mnie to może obchodzić? — krzyknęła z pasyą. — Szoruj sobie, czem ci się podoba!