Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To kłamstwo, Dick’u! Nigdy w życiu nie naraziłam cię rozmyślnie na plagi.
— Wiem o tem; niezdolną byłabyś do rzeczy podobnej. Przez Boga żywego, spojrzyj tylko na morze!
— To samo, co dawniej! To samo! — wołała w zachwycie.


Zaszedłszy dnia tego do pokoju Ryszarda, Torpenhow dowiedział się z wielkiem zdumieniem od pana Beeton, iż malarz, wyświeżony, ogolony, z pledem podróżnym na ręku, wyjechał o wpół do ósmej z rana jeszcze. Na szczęście, Nilghai miał przyjść dnia tego w południe na partyę szachów i gawędkę.
— Czy wiesz, rzeczy stoją gorzej, niż sądziłem — zaczął Torpenhow.
— Co? znów twój wieczysty kłopot o Dick’a? Kwokczesz nad nim, zupełnie jak kura, której jedno tylko kurczę pozostało. O co chodzi? Pogrąża się w rozpuście? Skoro to go bawi, dajżeż mu święty pokój. Możesz obić i uwiązać na smyczy małego szczeniaka, ale nie możesz przecież wziąć w niewolę młodego mężczyzny.
— Ba! kiedy tu nie chodzi o kobiety. W grę wchodzi jedna tylko kobieta i w dodatku młoda dziewczyna.