Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stwem żołnierza, występującego z szeregu, by podać dłoń pomocną towarzyszowi, niż nad niewolniczą służbą dwudziestu generałów, którzy wśród troski o szczegóły dostaw i transportów potężnej doczekali się łysiny.
On to spotkał w Suakimie młodego człowieka, siedzącego na skraju świeżo opuszczonej reduty, tak wielkiej, jak dobre pudełko od kapelusza. Nieznajomy ów szkicował właśnie grupę ciał, porwanych na strzępy, a zastygłych na żwirze twardym.
— Po co tu przyszedłeś? — zapytał Torpenhow. Powitanie bowiem korespondenta równa się zazdrosnej indagacyi kupca, gdy spotka kogoś na drodze swego handlu. — Co cię tu sprowadza?
— Własna fantazya — brzmiała odpowiedź.
I nie podnosząc głowy, młody człowiek dodał:
— Nie masz tam tytuniu?
Torpenhow poczekał, aż szkic będzie skończonym, poczem przyjrzawszy mu się dobrze, zapytał raz jeszcze:
— Co tu robisz?
— Nic. Posłyszałem strzały, więc przybiegłem przyjrzeć się utarczce. Chcesz wiedzieć, kim jestem? A to mam zajęcie przy ma-