Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lowaniu statków; należę do załogi jednego z nich, nie wiem nawet którego.
— Czy często tak rysujesz? — podjął Torpenhow, zbliżając się do nowej znajomości.
Młody człowiek przewrócił karty albumu, pokazując inne szkice.
— Wyprawa na chińskim okręcie — objaśniał, podając mu jeden rysunek po drugim. — Zasztyletowanie dowodzącego. Przewodnik mułów pod batami. Napad na obóz w Berberyi. Żołnierze, zamordowani u bram Suakimu, leżący w świetle księżyca. Podrzynanie gardeł...
— Hm — przerwał Torpenhow, — nie mogę powiedzieć, abym przepadał za sztuką w rodzaju Wereszczagina. Za gusta jednak nikt nie odpowiada. Czy wykończasz co większego teraz?
— Nie. Bawię się tutaj.
Torpenhow spojrzał dokoła, na pustkę, rozpaczne czyniącą wrażenie.
— No, nie wiele ci, widać, do zabawy potrzeba. Czy masz przynajmniej pieniądze?
— Dosyć, jak na moje wydatki. Słuchaj, chcesz, abym się zaciągnął do pracy wojennej?
Ja? Ani myślę! Mój syndykat jednak to co innego. Rysujesz nieźle, co prawda, a przytem sądzę, iż nie będziesz dbał o wysoką zapłatę.