Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tym razem... być może. Chodzi mi bowiem o sposobność wybicia się.
Torpenhow przejrzał ponownie szkice, a kiwając nad nimi głową, zauważył:
— Masz racyę, iż chcesz się dać poznać, i dobrze czynisz, chwytając za pierwszą ku temu okazyę.
Odjechał szybko, kierując się przez bramę Dwóch wojennych okrętów; minąwszy zaś szosę, wpadł do miasta, gdzie w chwilę później telegrafował do swego syndykatu:
„Odkryłem rysownika. Dobry i tani. Czy zawrzeć układ? Szkice z opisami, wielkie wrażenie.“
Ów człowiek siedział tymczasem dalej na swej reducie, a bujając nogami, mówił w zamyśleniu:
— Wiedziałem, że wcześniej czy później sposobność znaleźć się musi. Na szatana! jeżeli ze sprawy tej żyw wyjdę, będziecie wy mnie prosić w pocie czoła o świstek każdy!
Tegoż jeszcze wieczora Torpenhow mógł zawiadomić nowego swego przyjaciela, iż Centralna Agencya Południowa zgadza się przyjąć go na próbę trzymiesięczną, płacąc przez czas ten wszelkie poniesione przez niego wydatki.