Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ROZDZIAŁ VI.

W kilka tygodni później Ryszard wracał w niedzielę, wśród mgły gęstej, przez park do domu.
— Są to widocznie owe cięgi, które Torp przepowiadał — mówił do siebie. — Brr! bolą więcej, niż przypuszczałem na razie; ale... królowa błądzić nie może. Przytem trudno jej odmówić zdolności rysunkowych.
Ukończył właśnie niedzielną wizytę u Maisie. Przez cały czas gawędy zielone, badawcze oczy rudej impresyonistki nie opuszczały ich ani na chwilę; Dick też, od pierwszego spotkania, za śledcze to może, natrętne spojrzenie, znienawidził czerwonowłosą dziewczynę; a teraz, teraz wracał do domu z dojmującem uczuciem wstydu i upokorzenia.
Nie pierwsza to była wizyta. Nie. Niedziela po niedzieli, ubrany w najlepsze szaty, szedł do brudnej, nieporządnej kamienicy, położonej za północnym skrajem parku, aby najwpierw oglądać tam obrazy Maisie, a później krytykować je i udzielać rad i wskazówek; od dawna bowiem spostrzegł, iż dzieła te zdają się błagać o poprawki. Niedziela po niedzieli tymczasem wzrastała jego miłość, opanowując