Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wtedy, ukochana, zapominam, że jestem skarbnikiem powierzonego mi talentu, i, zamiast dbać o niego tylko, chciałbym zmusić opornych, kijem choćby, do podziwiania i wielbienia mej pracy.
Maisie rozśmiała się mimowoli.
— Powiedz mi, dlaczego utrzymujesz, że każda rzecz miła obniża siłę twego pędzla?
— Bo to prawo niezbite. Cieszę się, że je w tak dobre ujęłaś słowa.
— Co prawda, zapatrywanie twe niezbyt mi się podoba.
— I mnie ono nie zachwyca, a czyni zawód nasz bardzo ciężkim. Czy sądzisz, jedyna, że jesteś dość silną, aby mu sama stawić czoło?
— Cóż robić? Muszę.
— Najdroższa, pozwól, bym ci dopomógł, bym część ciężaru tego wziął na siebie. Złączeni razem, idąc ramię w ramię, będziemy postępować pewniej na przód i dalej oboje zajdziemy. Zamiast potykać się każde z osobna, lepiej stokroć przecież zdwoić siły, szukając wzajemnego w sobie oparcia. Maisie, pomyśl trochę, a przyznasz mi racyę.
— Nie sądzę, abyśmy umieli iść razem. Dwóch ludzi jednego rzemiosła rzadko zgadza się z sobą.