Strona:Rudyard Kipling - Zwodne światło.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Niedorzeczność, Dick’u.
— Czekaj. Nie zrozumiałaś jeszcze mej myśli. Otóż, ponieważ każdy musi być mężczyzną lub kobietą...
— Uwzględniasz to... dziwna rzecz.
— Gdy o ciebie chodzi, nie uwzględniam, bo ty nie jesteś właściwie kobietą. Mówiłem jednak o ludziach zwykłych, na ich zaś sądy znacznie wpływa zarówno płeć, jak przywiązane do niej poglądy. Inaczej trzeba malować, chcąc się podobać kobietom, inaczej, by zyskać poklask u mężczyzn. I to mnie właśnie gniewa.
Na dowód rozdrażnienia cisnął gwałtownie małym kamykiem w stronę morza.
— Myśl owa bowiem, prześladując mię przy pracy, psuje całą jej wartość. Wiem o tem, czuję to, a jednak, cóż chcesz? — tu drugi krzemyk poleciał z impetem w wodę — nie mogę się oprzeć pokusie. I gdy widzę jasno, gdy czytam z oczu jakiego znawcy, że rzucane mi pochwały są kłamstwem oczywistem, kłamstwo to, ubrane w piękne słówka, cieszy mię, pomimo wszystkiego, i krzywi, paczy me dzieło.
— A jeżeli nie chwali, jeżeli nie mówi owych „pięknych słówek?“